Wspomnienia z mojego pierwszego maratonu

02.10.2016 przebiegłam swój pierwszy maraton. Trasę o długości 42km 195m pokonałam w czasie 4h 50min. Nie będę ukrywać, że po przekroczeniu linii mety poza okropnym bólem czułam niesamowitą dumę. Ale w ciągu tych prawie 5 godzin biegu w mojej głowie pojawiały się przeróżne dziwne myśli, o których postanowiłam dzisiaj opowiedzieć.

1475510135158

Na start przywiozła mnie moja przyjaciółka, która zadbała o to, żebym zamiast się bać, cieszyła się z uczestnictwa. Śmiałyśmy się i żartowałyśmy. Rozgrzałam się i ustawiłam za pacemakerem, który biegł z balonikami, na których widniał czas 4:30. Uznałam, że takie tempo będzie dla mnie optymalne. Jako maksymalny czas założyłam 5 godzin, więc miałam jeszcze 30 minut zapasu.    10…9…8…7…6…5…4…3…2…1…START! Ruszyłam z całym tłumem. Najpierw szłam, zanim maratońska masa nie rozluźniła się na tyle, abym mogła zacząć trucht.

0-10 km (1h)

Biegło mi się na tyle dobrze i lekko, że wyprzedziłam pacemakera z tempem 4:30 i wkrótce dostrzegłam baloniki z napisanym czasem 4:15. Po dobiegnięciu do punktów odżywczych czułam się nadal bardzo dobrze, oblałam się wodą, wypiłam izotonik, zjadłam ciasteczko. 1/4 trasy za mną. Lecimy dalej.

10-20 km (2h)

Przygotowując się do maratonu stosowałam technikę marszobiegów, ale zawody to zawody, biega się zupełnie inaczej. Emocje, adrenalina oraz towarzystwo innych biegaczy wpływają pozytywnie na psychikę i można przebiec dłuższy dystans bez konieczności przejścia do marszu. Na 15. kilometrze złapała mnie moja przyjaciółka, co dało mi niesamowitego kopa! Na zeszłorocznym półmaratonie przebiegłam dystans 17 km zanim zaczęłam marsz. Na maratonie chciałam pobiec dalej, ambicja podpowiadała mi, żeby przebiec 21 km za jednym zamachem. Jednak ciało po raz pierwszy powiedziało ,,hola, hola Elżbieto! daj mi dychnąć!” i przy punkcie odżywczym po 20.kilometrze przeszłam do marszu. Może półmaraton nie przebiegnięty za jednym zamachem, ale i tak pobiłam swój ,,rekord”.

Odpoczęłam trochę w marszu i potruchtałam do 21. kilometra.  Wtedy pomyślałam, że dopiero teraz zaczną się schody. Wiem, że to trochę nieodpowiedzialne z mojej strony, ale w życiu nie przebiegłam więcej niż dystans półmaratonu. Jednak z drugiej strony miałam za sobą już połowę trasy. Dam radę!

21-30 km (3h 15 min)

Po 21.kilometrze wyprzedził mnie pacemaker z tempem 4:30. Wiedziałam, że najgorzej będzie po 30., ale pierwszy kryzys dopadł mnie już na 28. kilometrze. Płuca dawały sobie świetnie radę, głowa również, jednak nogi powoli odmawiały mi posłuszeństwa. Wiedziałam, że muszę się przemóc, przezwyciężyć ten kryzys i potem jakoś pójdzie. Rozkazałam nogom: ,,Nogi! biegnijcie!”. Odpowiedziały mi: ,,Ni chuja!”. Nie dawałam za wygraną: ,,Ja Wami zarządzam, więc macie mnie słuchać!”. Nogi jednak rozpoczęły strajk, domagając się autonomii. Powoli przestawały należeć do mnie, nie miałam już nad nimi władzy. Przeszłam więc do marszu, a w głowie pojawiła się beznadziejna myśl, że na co mi ten maraton, że już mi się nie chce i że ja to już chyba pierdolę. Ale potem przypomniałam sobie, że nie biegnę tylko dla siebie. Przed oczami pojawiły się twarze mojej mamy, moich sióstr, mojej przyjaciółki, mojej maleńkiej dwumiesięcznej siostrzenicy. Dla tych wspaniałych dziewcząt muszę to przebiec! Chcę, żeby były ze mnie dumne. Nogi dostały kilka razy z pięści, rozbiłam tym samym obolałe mięśnie i wróciłam do truchtu. Za 2 kilometry czekał punkt odżywczy i ta myśl także dodawała mi otuchy.

30-40 km (4h 35 min)

To było najtrudniejsze 10 kilometrów w moim życiu, ale przynajmniej początek dał mi siłę na dalszy bieg. Przy punkcie odżywczym na 30.kilometrze ponownie złapała mnie moja przyjaciółka krzycząc ,,Brawo dla tej pani!”. Zamieniłyśmy kilka słów i pobiegłam dalej. Na 34 kilometrze wyprzedził mnie pacemaker z tempem 4:45. Nogi bolały mnie co raz bardziej. Normalnie gdy coś boli podczas wysiłku, to przestajemy go wykonywać. Ale ja musiałam kontynuować bieg. To mnie troszkę dobijało, ale byłam już bliżej celu, niż dalej. No nie mogłam się poddać! Na 36. kilometrze prawie płakałam z bólu. A nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się z bólu płakać. Już prawie miałam wybuchnąć niekontrolowanym szlochem, gdy podbiegł do mnie Jacek, z którym mijałam się kilkakrotnie na trasie. Biegł i widział moją walkę, więc krzyknął, że mam biec z nim. No to pobiegłam. Nie byłam jakoś bardzo zmęczona, psychicznie dawałam radę, wiedziałam przecież, że bieg się kiedyś skończy. Tylko ten cholerny ból nóg doprowadzał mnie do szału! Nogi dostały kilka razy z liścia, żeby rozluźnić mięśnie. Już niedaleko, muszę dać radę!

40-42km 195m (4h 50 min)

To już był finisz. Ból nóg był wręcz nie do opisania. Nawet nie wiem, do czego mogłabym go porównać. Ale bolał mnie dosłownie każdy mięsień, każda kość, chrząstka i ścięgno, a każdy krok sprawiał cierpienie. Powoli zaczęło do mnie jednak dochodzić, że właśnie kończę swój pierwszy w życiu maraton, że dałam radę przebiec odległość jak z rynku w Gliwicach do centrum Mysłowic (kto jest ze Śląska może sobie tę odległość wyobrazić, a kto nie jest może sobie wpisać trasę w google maps). Jacek biegł obok i po drodze zbieraliśmy innych biegaczy, których dopadło zwątpienie na ostatnich kilometrach. Chciałam już być na mecie i chyba to dało mi wtedy kopa, bo… przyspieszyłam! Miałam w sobie jeszcze tyle siły, żeby na ostatnich 150 metrach sprintować i wyprzedziłam 3 facetów tuż przed linią mety, co dało mi ogromną satysfakcję! 😉

1475488276772

Odebrałam medal, zapozowałam do zdjęć, przyjęłam gratulacje od przyjaciółki, męża, siostry, szwagra i znajomych, którzy pojawili się na mecie. W domu wzięłam gorący prysznic i zjadłam prawie sama wielką pizzę, popijając ją butelką wina.

Tyle oczekiwania, tyle nerwów przed startem, a gdy już było po wszystkim, poczułam dumę oraz radość, ale jednocześnie pewnego rodzaju nostalgię, że to już za mną. Z poczuciem spełnienia, pełnym brzuchem i trochę wstawiona zasnęłam jak niemowlę.

Było ciężko, ale bardzo mi się podobało. Punkty odżywcze były jak oazy na pustyni, a doping widzów dodawał skrzydeł. Na Nikiszowcu jakiś starszy pan krzyknął do mnie z okna ,,Biegnij, piękna dziewczyno!”, czym strasznie mnie rozbawił. Najśmieszniejszy transparent, jaki widziałam na trasie głosił ,,Biegnij, jakbyś coś ukradł!”. Piąteczki przybijane dorosłym i dzieciom oraz ich krzyki dopingu sprawiały, że poczułam się jak prawdziwy sportowiec! Było ciężko, ale dałam radę i muszę przyznać, że przy tym całym wysiłku i bólu bawiłam się naprawdę wspaniale! 🙂

Podobno po maratonie zmienia się myślenie, albo nawet całe życie. Podczas tego biegu myśli się naprawdę dużo, ale czego nauczył mnie maraton napiszę już wkrótce 😉

Reklamy

9 thoughts on “Wspomnienia z mojego pierwszego maratonu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s