Niedzielny kierowca

Nie rozumiem jak jazda samochodem może kogoś odprężać. Dla mnie do niedawna wiązała się głównie ze stresem. Dlaczego? Może niektórzy już się domyślają. Tak, tak… Wszystko przez moje chore dążenie do perfekcji.  Dzisiaj o temacie pozornie błahym, dla mnie jednak urastającym często do kategorii problemu.

Stali czytelnicy wiedzą już pewnie, że usamodzielniłam się zaraz po maturze. Mając ledwo skończone 19 lat rozpoczęłam studia i pracę, kończyłam szkołę muzyczną, wzięłam ślub i kredyt hipoteczny. Ale było jeszcze coś: kurs prawa jazdy. Na kurs zarobiłam sobie pracując w wakacje i planowałam zdać egzamin możliwie jak najszybciej. Zajęło mi to jednak prawie 5 lat.

Teorię zdałam za pierwszym razem, ale praktykę oblałam czterokrotnie. Potem troszkę się zniechęciłam, do tego doszły problemy finansowe, więc łapałam dodatkowe prace i ostatecznie nie miałam na prawo jazdy ani kasy ani czasu.

Zmieniły się przepisy i gdy już byłam w stanie pozwolić sobie na dalsze szkolenie się w jeździe samochodem, oblałam nową teorię trzy razy.

Gdy już się udało zdać teorię, która była naprawdę trudna, mimo że uczyłam się pilnie i solidnie do niej przygotowałam, praktykę zdałam dopiero za drugim razem.

W ostatecznym rozrachunku: od momentu rozpoczęcia kursu do zdania prawa jazdy minęło ponad 4,5 roku, teorię zdawałam łącznie 4 razy, a praktykę 6.

Gdy stałam się szczęśliwą posiadaczką prawa jazdy, pracowałam 450 metrów od mojego mieszkania. Potem dystans do pracy wzrósł do 1,5 km, a teraz maszeruję do biura zaledwie 950 metrów. Oczywistym jest, że nie potrzebuję samochodu, żeby dostać się do pracy. Jestem więc typowym niedzielnym kierowcą, a to rodzi właśnie problem.

Pisząc Perfekcyjną barierę językową użyłam porównania nauki języka obcego do pływania. Ale tak naprawdę żeby się nauczyć czegokolwiek, trzeba to po prostu robić. Nie ma innej drogi.

Podchodziłam do jazdy samochodem jak do wyższej matematyki, jak do czegoś, do czego potrzeba szczególnych umiejętności, a ja uważałam, że nie mam tego czegoś, predyspozycji, talentu, jakkolwiek byśmy tego nie nazwali.

Mam duży samochód i całkiem fajnie mi się nim jeździ, siedzę sobie wysoko, wszystko widzę i nie muszę się bać wysokich krawężników. Jednak moje parkowanie pozostawia wiele do życzenia.  Wcześniej zdarzało się nawet, że po prostu wolałam pójść gdzieś na piechotę, niż pojechać samochodem, żeby oszczędzić sobie stresu związanego z parkowaniem. Albo gdy już miałam fajne miejsce do parkowania to musiałam zaparkować perfekcyjnie.

Aż zdałam sobie sprawę, że nie nauczę się parkować, ani lepiej jeździć samochodem, gdy będę tego unikać. Nie miałam żadnej stłuczki, nie przytarłam żadnego samochodu, jeżdżę raczej spokojnie i staram się uważać na wszystko i wszystkich na drodze. To chyba nieźle, co nie?

Zauważyłam też, że w sytuacjach stresowych, gdy np. koleżanka skręciła na treningu kostkę i trzeba było ją zawieźć na pogotowie, albo gdy musiałam dowieźć mamie szybko wyniki badań do szpitala, to problem z jazdą i parkowaniem gdzieś znikał. Czułam wtedy satysfakcję, że się nie poddałam i mimo wszelkich przeciwności zdałam egzamin na prawo jazdy. W takich sytuacjach doceniam to, że potrafię prowadzić samochód, bo jest to naprawdę przydatna umiejętność.

Wczoraj wybrałam się do kosmetyczki. Najpierw chciałam się przejść ponad 2 kilometry mimo deszczu (eh to parkowanie). Jednak uznałam, że przecież skoro i tak mam mało okazji, żeby poprowadzić samochód, to się przejadę. No i pojechałam. Pod salonem nie miałam gdzie stanąć. Wzięłam głęboki oddech, odrzuciłam stres, pojechałam dalej, zawróciłam i znalazłam miejsce po drugiej stronie ulicy.

Wróciłam do domu i wcale nie zaparkowałam perfekcyjnie. Zaparkowałam dobrze, poprawnie. Może odrobinkę za daleko krawężnika, aż chory perfekcjonizm w mojej głowie jęknął zażenowany, ale go zlekceważyłam. Było po prostu DOBRZE.

Może gdybym codziennie jeździła samochodem do pracy, to nie przykładałabym do tego aż takiej uwagi. Ale że jeżdżę rzadko, bo nie mam ku temu okazji, to każda przejażdżka rodzi emocje i trochę stresu.

Ale z tym koniec. Definitywnie.

Zbyt długo wymagałam od siebie zdecydowanie za dużo. Byłam swoim największym krytykiem i sama siebie niszczyłam w imię cholernej perfekcji. Teraz uczę się doceniać siebie i to, co robię DOBRZE.

I myślę, że to klucz do szczęścia i sukcesu.

A na koniec film człowieka, który bardzo mnie inspiruje:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s