Mój problem z alkoholem

Niedziela, godzina 12. Budzę się z potwornym bólem głowy, obrzydliwym niesmakiem w ustach, chce mi się pić i rzygać zarazem. Przypominam sobie jak poprzedniego wieczoru mimo sugestii małżonka, że już mi wystarczy, zamawiałam w barze następne piwo, otwierałam kolejną butelkę wina albo dolewałam sobie końską porcję wódki do drinka na domówce. Zdaję sobie sprawę, że strzeliłam focha bogu ducha winnemu mężowi, a język niebezpiecznie mi się rozplątał i gadałam jak najęta. Mam kaca, tego moralnego również, bo wiem, że wczoraj zachowywałam się jak kretynka.

Na szczęście takie niedziele mam za sobą, ale pozwólcie, że podzielę się z Wami moim problemem z alkoholem.

Mam 25 lat i jestem kobietą nieznacznej postury, raczej zadbaną. Mam dobrą pracę, całkiem niezłe wykształcenie, ładne mieszkanie, o które dbam, kochającego męża, zainteresowania i pasje. Daleko mi do typowego wyobrażenia pijaczka spod budki z piwem. A jednak pewnego dnia musiałam stwierdzić, że mam problem z alkoholem.

Nie, nie jestem uzależniona. Po prostu nie znam umiaru i im więcej piję, tym chcę więcej i więcej. Tak samo jak kiedyś z jedzeniem, potrafiłam wypić tyle samo alkoholu, co faceci.

Niektórzy twierdzili, że pijana Elka jest urocza, niektórzy uważali za niespotykane, że mimo znacznej ilości wypitego alkoholu potrafi logicznie formułować myśli, nawet te najbardziej abstrakcyjne i wypowiadać je z bezbłędną dykcją. Pijana Ela tańczyła, śpiewała, śmiała się i świetnie się bawiła. Ale też gadała więcej, niż powinna osobom, które nie zasłużyły na obdarzenie ich zaufaniem i gwiazdorzyła doprowadzając tym samym męża do białej gorączki. Niestety wielokrotnie dochodziło do kłótni, bo wyciągała brudy z przeszłości i dochodziła do absurdalnych wniosków, które postanowiła przedstawić właśnie będąc pod wpływem procentów. Niejednokrotnie psuła tym samym wszystkim dobry nastrój.

Na samo wspomnienie jest mi wstyd.

Pomijając żenujące filmy z imprez, na których nawalona jak meserszmit odwalam jakieś dziwne akcje, najbardziej zaniepokoiły mnie braki we wspomnieniach, zaburzenie chronologii i ciągłości zdarzeń.

Lubię poczucie kontroli nad sobą, a alkohol sprawiał, że tę kontrolę niebezpiecznie traciłam.

Zdałam sobie też sprawę, że alkoholem zatruwam swój organizm. Zaczęłam od zaprzestania picia drinków z wódką i shotów. Piwo odstawiłam, bo utrudniało mi chudnięcie. Pozostało wino. Lubię dobre wino, nawet bardzo. Problem był jednak taki, że nigdy nie kończyło się na jednej lampce, bo samodzielne opróżnienie butelki nie było dla mnie najmniejszym problemem. I tak jak z dnia na dzień przestałam jeść mięso, tak samo przestałam pić jakikolwiek alkohol.

Trwało to miesiąc. W tym czasie byłam na kilku imprezach. Trzeźwa jak niemowlę odwoziłam pijanych uczestników sobotnich baletów do domu. Wtedy na własne oczy przekonałam się, co alkohol robi z ludźmi.

No dobra, dobrze wiedziałam, co alkohol robi z ludźmi, ale widząc moich znajomych, ludzi w moim wieku i dość podobnych do mnie, którzy przechodzili poalkoholową transformację, byłam zaniepokojona.

Zapytacie, czy bawiłam się gorzej niż wtedy, gdy piłam alkohol. Odpowiem, że nie gorzej, ale inaczej. Spodobało mi się m.in. to, że:

  • mam kontrolę nad sobą i nad tym, co i komu mówię, oraz co robię
  • sama mogę się odwieźć do domu
  • na drugi dzień czuję się świetnie i mogę w pełni wykorzystać niedzielę
  • nie truję swojego organizmu i nie spożywam pustych kalorii

 

My, Polacy zostaliśmy wychowani w kulturze, w której alkohol lany jest strumieniami przy każdej okazji. Lubimy, jako naród, pić. ,,Ze mną się nie napijesz?”, ,,No weź, nie bądź taki. Jeden szocik nie zaszkodzi.”, ,,Nie pijesz? Dlaczego? Jesteś chory/w ciąży?” zwykliśmy mówić, gdy uczestnik imprezy poinformuje nas, że za alko to on podziękuje. Ale nie chcę mojego problemu zwalać na narodowość.

Jak już kiedyś wspominałam, byłam dość zakompleksioną nastolatką. Mając 15 lat, korzystając z okazji, że mój ojciec wyjechał, chcąc zaimponować znajomym, zabrałam bez niczyjej wiedzy klucze na działkę i do piwnicy, w której ojciec przechowywał domowej roboty wino. Zgarnęłam 2 butelki, dość mocnego jak na wino, trunku i zaprosiłam na grilla kilku kolegów, wśród których był chłopak, który bardzo mi się podobał. Żeby dodać sobie animuszu wypiłam za dużo wina i uciął mi się film. Dwóch kolegów przywlokło mnie nieprzytomną do domu i pozwólcie, że nie wtajemniczę Was w szczegóły, ale w skutek fatalnego zbiegu okoliczności i faktu, że byłam tak pijana, żeby wytłumaczyć cokolwiek mojej mamie, moja kochana rodzicielka zadzwoniła po policję, bo miała prawo przypuszczać, że ktoś zrobił mi krzywdę. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca, ale doskonale rozumiem moją mamę, że podjęła właśnie taką decyzję i na jej miejscu zrobiłabym dokładnie to samo. Muszę ją także docenić za to, że w tak ekstremalnej sytuacji zachowała dość zimną krew.

Byłam wzorową uczennicą jednego z lepszych gimnazjów w moim mieście oraz szkoły muzycznej. Przez długi czas byłam związana z Oazą Dzieci Bożych i nie sprawiałam żadnych, absolutnie żadnych problemów wychowawczych. Aż tu nagle wylądowałam na komisariacie na moim pierwszym badaniu alkomatem, który wykazał 1,5% promila w wydychanym powietrzu.  Moja mama była wściekła, ale dalsze czynności uspokoiły ją i potwierdziły, że nikt nie zrobił mi jednak krzywdy. Potem dostałam nadzór kuratora, który na szczęście skończył się na tym, że 3 razy stawiłam się na komisariacie i obiecałam, że podobna sytuacja już się nie powtórzy (i rzeczywiście nie powtórzyła się). Mamę przepraszałam chyba miliard razy, a cała sytuacja była naszym sekretem i tematem tabu aż do całkiem niedawna.

Cieszę się, że stałam się kobietą, która z każdym dniem nabiera większej pewności siebie, wiary we własne możliwości i jest świadoma swojej wartości. Nie mam już 15 lat, żeby alkoholem dodawać sobie animuszu. Zresztą nic dobrego z tego wyniknąć nie może. Po miesięcznej abstynencji piję zdecydowanie rzadziej i jeśli już, to wino. Czasem piwo, gdy wychodzę do knajpy ze znajomymi. Wino piję dla smaku, więc wypijam go mniej, delektując się i przegryzając dobrym serem (moimi ulubionymi śmierdziuchami, mniam!) między jednym, a drugim łyczkiem.

 

Wczoraj byłam na świetnej imprezie z moimi znajomymi. Miejscówka rewelacyjna, bo 320 metrów pod ziemią, w zabytkowej kopalni węgla kamiennego. Impreza w klimacie karnawału w Rio de Janeiro, karaoke, taneczne kawałki na parkiecie. Chyba najlepsza impreza, na jakiej byłam od dawna. Tak, piłam alkohol, konkretnie piwo, ale niespiesznie, łyczek po łyczku, bardziej skupiając się na rozmowach, tańcu i karaoke niż samym piciu. Jasne, zaszumiało mi w głowie, ale nie gadałam głupot, nie zachowywałam się jak skończona idiotka, wróciłam prostym krokiem do domu. Zachowałam umiar, a to słowo klucz.

Nie trzeba być od razu śmierdzącym pijaczkiem zbierającym na wino, ani znęcającym się nad rodziną alkoholikiem. Problem z alkoholem może mieć nawet pozornie porządny człowiek. Taki jak ja, albo Ty, mój Drogi Czytelniku.

Jeśli nie wyobrażasz sobie imprezy i zabawy bez alkoholu, jeśli potrzebujesz się napić, żeby wyjść na parkiet, albo zaśpiewać karaoke i jeśli upijasz się tak, że nie pamiętasz jak wróciłeś do domu i z całych sił starasz się ułożyć układankę ze wspomnień z wczorajszej imprezy, to muszę Cię zmartwić, ale też masz problem. Konkretnie z alkoholem.

Dlaczego to wszystko piszę? Bo może skłonię kogoś do zastanowienia się nad sobą. Nadużywając alkoholu, nawet jeśli tylko w sobotę na imprezie, robisz sobie szkodę. Zabijasz szare komórki, dewastujesz wątrobę, żołądek, trzustkę. Alkohol to taki wredny skurwiel, który nakłania Cię do robienia i mówienia rzeczy, których nie powinieneś. Usypia zdrowy rozsądek, wyłącza logiczne myślenie, dopuszcza do głosu głównie emocje i na dodatek wręcza im megafon, żeby wszyscy mogli usłyszeć je jeszcze głośniej, jeszcze dosadniej.

To nie jest dobre. To Ci szkodzi.

 

Pewnie, że niby wszystko jest dla ludzi. Ale w umiarze i rozsądnie.  Alkohol nie tylko może zniszczyć Ci zdrowie, ale i rodzinę, życie prywatne, karierę, całe życie.

 

Zachowajcie więc, moi Kochani, umiar. We wszystkim. I dbajcie o siebie!

Reklamy

2 thoughts on “Mój problem z alkoholem

  1. Bardzo osobisty wpis, dzięki za podzielenie się…
    Od siebie dodam tyle: mam czasem okresy w życiu, że „z umiarem” piję alkohol codziennie. I wiem, wiem, że nie jest to ok.
    Tu apero, tam apero, do kolacji lampka, dwie…
    Wiesz, to z umiarem … Tez szkodzi.
    A im wiecej przybywa mi 🙂 miesięcy 🙂 tym gorzej sie czuję nazajutrz.
    Ostatnio… Zaczęłam sobie odmawiać 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. No umiar można też różnie interpretować 😉
      Mój dziadek wypijał maleńką literatkę wina własnej produkcji każdego dnia do obiadu, dla zdrowia. Zostało mu to po leczeniu w szpitalu, gdy jako saper po II wojnie światowej został ranny podczas rozbrajania miny. Stracił dużo krwi i dostawał kieliszek czerwonego wina jako dodatek do leczenia 🙂 Dziadziuś dożył 84 lat w całkiem niezłym zdrowiu 😉
      Ale zgodzę się, że najlepiej ograniczyć wszelkie używki do minimum 😉

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s