Ogarnij się!

Ostatnio na blogu cicho, trochę smutno i odrobinę depresyjnie. Wybaczcie. Wpadłam w dołek, z którego powoli staram się wygrzebać. I uwierzcie mi, staram się jak mogę!

Miewam dni, kiedy zaraz po pracy mam siłę tylko na to, żeby przykryć się kołdrą i zasnąć. Potem jednak mam do siebie żal i pretensje, że tak marnuję czas i swoje życie. Czas więc, moi drodzy, aby się ogarnąć. Zaczynajmy!

Bardzo chciałabym wszystko ogarniać, być jak maszyna. Ale maszyną nie jestem, a co gorsze: jestem kobietą, a jak już pewnie wiecie, czyni mnie to automatycznie wariatką. Żyję więc w ciągłym rozdarciu między chęcią bycia punktualną, a miłością do spania, chęcią bycia szczupłą, a miłością do jedzenia, chęcią posiadania zawsze wysprzątanego mieszkania, a miłością do relaksu, dobrej książki i ulubionego serialu. Eh, te moje hedonistyczne miłości sprawiają mi same kłopoty! Nie twierdzę, że jestem leniwym grubasem spóźniającym się kilka godzin do pracy. Aż tak źle nie jest (na szczęście!). Ale to moje spóźnialstwo, lenistwo i uwielbienie dla jedzenia bywa prawdziwym utrapieniem.

Jedyne co mnie ratuje, to jako-taka organizacja. Kalendarz (taki normalny, z kartkami) miałam już chyba od 12 r.ż. i skrzętnie w nim zapisywałam wszystko, co miałam do zrobienia, sprawdziany, egzaminy, koncerty, spotkania. Byłam całkiem nieźle ogarniętą dziewczynką!  Ale kobietą ogarniętą jestem tak w 60%, co spędza mi z powiek sen. No dobra, może to akurat nie spędza mi snu z powiek, ale po prostu niewyobrażalnie mnie wkurwia.

Ale wracając do kalendarza, to muszę powiedzieć, że bez niego czuję się nie tyle, jak bez ręki, co nieswojo i niepewnie. Uwielbiam planować, ale z wprowadzaniem planów w czyn mam dość często problem. Chociaż pochwalę się, że jak na razie spełniłam moje wszystkie styczniowe założenia.

Co takiego zapisuję w moim kalendarzu? Na pewno na początku każdego miesiąca zapisuję, za co muszę zapłacić. A uwierzcie mi, że mam tego niestety sporo. Zapisuję również to, co zamierzam, albo co muszę zrobić w danym miesiącu. Żeby sobie jeszcze sprawę ułatwić, zapisuję sobie na początku każdego każdego tygodnia, co zrealizuję w ciągu następnych 7 dni. Jeśli jest coś wyjątkowo ważnego, o czym muszę pamiętać, zapisuję to sobie konkretnego dnia. No dobra, więc dlaczego niby jestem zorganizowana zaledwie w 60%? Oto rzeczy, nad którymi nie potrafię zapanować. No po prostu jestem w tym kompletnie beznadziejna:

1. Kontrolowanie czasu – to dla mnie czarna magia. Tych, którzy opanowali tę trudną dla mnie sztukę postrzegam jako potężnych czarnoksiężników na najwyższym stopieniu wtajemniczenia. Ja po prostu tego kompletnie nie ogarniam! I mam tak od kiedy pamiętam. Jest to dla mnie kłopotliwe, wprowadza dezorganizację do mojego życia, doprowadza do szału ludzi z mojego otoczenia, a mnie wpędza w poczucie bezradności i paradoksalnie jest prostą drogą do prokrastynacji.

2. Poranne wstawanie – jest dla mnie koszmarem! Uwielbiam spać i nie cierpię wstawać rano. Nienawidzę tego, że muszę wstać wtedy, kiedy każe mi budzik, więc chyba z wrodzonej przekory witam go środkowym palcem i naciągam kołdrę na głowę. I codziennie powtarza się ten sam scenariusz: przestawiam budzik o kolejne 5 minut i wstaję wtedy, gdy zostaje mi jakieś 15 minut na wyjście z domu. Takie poranne dramaty skutecznie psują mi dzień, a tego nie chcę!

3. Organizacja wolnego czasu – o dziwo! Jeśli chodzi o obowiązki, to choćby się waliło i paliło, ja je wykonam. Z tym problemu nie mam, bo dość obowiązkowa ze mnie babka. Ale gdy już zrobię najważniejsze rzeczy, bardzo często zamieniam się w bezmózgie zombie, które siedzi bezmyślnie i bezproduktywnie w necie zamiast zrobić coś dobrego dla siebie. Owszem, odmóżdżenie czasem się przydaje, nie przeczę. Ale ja potrafię spędzić kilka godzin na oglądaniu pierdół w internecie. A mam przecież tyle książek do przeczytania, chcę polepszyć swoją znajomość języków obcych, dalej rozwijać się muzycznie! I to wszystko przegrywa z fejsbukiem, instagramem, pudelkiem… Eh, wstyd mi za to.

4. Dbanie o sylwetkę i zdrowie – często traktowane jest przeze mnie jak nielubiany obowiązek. Wolałabym jednak wyrobić w sobie dobre i co najważniejsze, zdrowe nawyki. Nie jestem gruba, chociaż biorąc pod uwagę dzisiejszy szalony kult ciała ktoś mógłby mi zarzucić kilka centymetrów za dużo tu i ówdzie. No jak Chodakowska nie wyglądam. Ale też niekoniecznie chcę tak wyglądać.

Wymyśliłam sobie pewną dwucyfrową liczbę, która wyświetlałaby się na mojej wadze. Byłam już 1,5 kg od celu, ale przyszły święta, a ja po prostu uwielbiam jeść! Lubię sport, ale nie jestem też fanatyczką. Wolę wieczory pod kołdrą, z kubkiem kakao przy fajnej książce (gdy akurat nie jestem w trybie zombie – patrz punkt 3) albo ulubionym serialu niż na siłowni. Lubię siebie, cieszy mnie fakt, że jestem zdrowa i nic mi nie dolega, ale moja próżność też woła o zaspokojenie. Chciałabym patrzeć na odbicie w lustrze nie tylko z zadowoleniem, bo to już robię, ale z pewnego rodzaju podziwem. I wiem, że mogę to osiągnąć, ale jestem po prostu trochę leniwa i kocham jeść!

Gdy przestałam jeść mięso, zaczęłam chętniej sięgać po słodycze, a gdy zmniejszyłam konsumpcję alkoholu (temat na osobny wpis), znalazłam zamiennik w postaci Coli zero. Na szczęście teraz częściej sięgam po owoce, albo chociaż kawałek gorzkiej czekolady zamiast słodycze, a rakotwórczej coca-coli powiedziałam żegnaj (mam nadzieję, że na zawsze). Jednak mam niebezpieczny romans z pizzą, białym pieczywem i drożdżówkami, który muszę niestety zakończyć lub ewentualnie ograniczyć nasze kontakty.

W wyżej wymienionych czterech rzeczach jestem po prostu mega nieogarnięta i przeszkadza mi to. Wszem i wobec ogłaszam więc, że postanawiam się ogarnąć, bo cytując klasyka ,,Ogarniętość, to doskonałość”. A że jutro rozpoczyna się nowy miesiąc, zaczynam od jutra i cały luty przeznaczę na ogarnianie punktu numer 4 (właściwie to już zaczęłam), ewentualnie postaram się coś poogarniać z trzema pozostałymi punktami.

A Wam życzę udanego, spokojnego i produktywnego tygodnia! 😉

Reklamy

4 thoughts on “Ogarnij się!

    1. Bo ze słodyczami to najczęściej jest kwestia przyzwyczajenia, a w gorszych przypadkach uzaleznienia. Na ostatnie swieta dostalam sporo łakoci i chcac nie chcac tak je sobie podjadalam w ramach przekaski (o zgrozo!). Potem zauwazylam, ze coraz czesciej mam ochote na slodkosci. Ale wystarczylo kilka dni niejedzenia slodkiego i tez mi przeszlo 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s