Błotno-endorfinowy koktajl satysfakcji

Sobota 24.10.2015, godz.9:40. Hałdy przy ul.Wschodniej 40 w Gliwicach. 1500 osób gotowych biec, wspinać się i czołgać w błocie. A ja wśród nich, z jednej strony przerażona, z drugiej jednak podekscytowana. O czym mówię? Otóż moi drodzy, wczoraj wzięłam udział w RUNMAGEDDONie.

Nigdy nie byłam wyjątkowo wysportowana ani aktywna, ale nie wynikało to z tego, że byłam jakąś łamagą, czy słabeuszem. Większość swojego czasu spędzałam po prostu w szkole muzycznej i musiałam poza tym bardzo uważać na ręce i palce, aby nie doznać żadnej kontuzji. Uwielbiałam koszykówkę i nawet przy wzroście 160 cm byłam chyba całkiem niezła, bo zaproszono mnie do reprezentacji szkoły. Nie zabawiłam tam jednak długo, bo godziny treningów pokrywały się z zajęciami w szkole muzycznej.

Gdy zakończyłam swoją edukację w szkole muzycznej moim ulubionym sportem było bezproduktywne leżenie przed tv pałaszując paczkę chipsów, popijając piwem. Wspaniale. Dzisiaj samo wspomnienie napawa mnie wstrętem i przyprawia o dreszcze. Zawsze jednak lubiłam rywalizację, a na przeciwników najchętniej wybierałam chłopaków. Jakoś tkwiła we mnie potrzeba udowodnienia, że kobiety to wcale nie taka słaba płeć. Gdy w końcu po 4 latach leżenia przed telepudłem uświadomiłam sobie, że się spasłam i najwyższa pora zrobić z sobą porządek, postanowiłam spróbować czegoś, o czym zawsze myślałam. Tak wylądowałam na treningach tajskiego boksu. W międzyczasie trenowałam trochę MMA, brazylijskie jiujitsu i kickboxing. Później zaczęłam biegać. Najpierw 10 km, potem 21 km, w planach jest maraton. Aż dałam się namówić na wzięcie udziału w RUNMAGEDDONie. I było to niesamowite przeżycie!

Czuję, że przekroczyłam swoją kolejną granicę, ponownie utwierdziłam się w przekonaniu, że niemożliwe nie istnieje i że jeśli czegoś się bardzo chce, to swoją pracą i zaangażowaniem można to osiągnąć! Wiem, że nie ma ściany, której nie można przeskoczyć, ani takiego dołu, z którego nie dałoby się wyjść. Potrzeba tylko czasu i czasem wsparcia innych. No i oczywiście własnego zaangażowania i wysiłku.

Trasa miała 6 km długości, przeszkód było 30, jedne łatwiejsze, inne bardziej wymagające. Poza bieganiem musiałam się wspinać, czołgać, skakać, wdrapywać, zjeżdżać. Był dół, który trzeba było przeskoczyć za pomocą liny niczym Indiana Jones, był kontener wypełniony lodowatą wodą, do którego trzeba było wskoczyć i drużyna rugbystów, która stanowiła żywą przeszkodę. I było błoto. Baaaaardzo dużo błota. Po biegu błoto miałam chyba wszędzie.

Mimo tego, że na lini mety byłam zmęczona jak koń po westernie, to bawiłam się fenomenalnie, czułam się częścią wielkiej drużyny, bo wszyscy sobie pomagaliśmy w pokonaniu niektórych przeszkód, jak np. ścianka o wysokości ok.4 m. Moje kolana mają dzisiaj przepiękną barwę dojrzałych śliwek węgierek i ogólnie jestem jednym wielkim obolałym siniakiem. Ale w dziwny i dość irracjonalny sposób wyprodukowałam taką ilość endorfin, że spokojnie starczy mi na następny miesiąc. I chyba udało mi się zarazić entuzjazmem znajomych, którzy zapowiedzieli, że w przyszłym roku weźmiemy udział całą naszą ekipą, co mnie bardzo, ale to bardzo cieszy!

W Runmageddonie wystartowałam z moim kumplem i biegowym kompanem Pawłem. A mój Mąż zmontował taki oto film:

Relację z imprezy z przedstawionymi przeszkodami możecie zobaczyć TUTAJ.

Jeśli jesteście zainteresowani formułą Runmageddonu, to więcej informacji znajdziecie pod adresem www.runmageddon.pl

Ja gorąco POLECAM!!! 😉

Reklamy

3 thoughts on “Błotno-endorfinowy koktajl satysfakcji

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s